Podczas debaty w "czternastce" mieliśmy możliwość przyjrzeć się tym, którym przeszkadza krzyż. Dla mnie najbardziej wstrząsającym było odkrycie, jak bardzo smutni i "zagniewani" są ci ludzie... Największym autorytetem w "drużynie" przeciwników krzyża" był niewątpliwie prof. Jan Hartman - przed debatą dochodziły do mnie głosy, że to właśnie on rozniesie w pył fanatycznych obrońców krzyża. Tymczasem zobaczyliśmy człowieka, który z trudem tłumił irytację i nie odróżniał się od całej reszty swojej ekipy. Ostatnio przeczytałem jego artykuł w "Tygodniku Powszechnym" z 31-ego stycznia 2010 r. (nr 5), a także odpowiedź arcybiskupa Józefa Życińskiego ("Śmierć czy kenoza?", TP nr 5). Proszę nie posądzać mnie o manipulację - po prostu nie mam tyle energii, a pewnie i wiedzy, żeby napisać precyzyjną recenzję "Złej Nowiny" (bo tak -nomen omen- zatytułowany jest artykuł J.H.), ale na szczęście uczynił to ksiądz arcybiskup. Ja ograniczę się do kilku cytatów i krótkiego komentarza:
"Tragizm naszego położenia, tragizm nowej i ostatecznej śmierci Boga polega na tym, że nie wierząc naprawdę, nie umiemy też naprawdę cierpieć ani kochać, że wraz z prawdą wiary opuściła nas autentyczność i powaga egzystencji".
"Śmierć Boga sprowadza powolną, choć bezbolesną śmierć na nas samych; dlatego Nietzsche uważał, ze jesteśmy >ostatnimi ludźmi<."
"Jest jednak taki stan, gdy jeszcze wierzymy, lecz czujemy, że jest to już wiara zatruta (...) I właśnie w tym miejscu znaleźli się wierzący naszego świata. W tym miejscu znaleźli się również Polacy: na progu narodowej tragedii bezpowrotnej utraty wiary."
Następnie Profesor wprawną ręką kreśli trójkąt: tradycjonalizm, relatywizm, indyferentyzm:
"Skoro nie ma szans, by być wiernym w sposób naturalny i autentyczny, skoro wiara człowieka oświeconego przemienia się w miałki sentymentalizm i relatywizm religijny, a najgorliwsi stoją na straconych pozycjach wrogów nowoczesności, w dodatku postępując niekonsekwentnie jako >obrońcy tradycji<, to może lepiej dać sobie z tym wszystkim spokój".
"...możemy zyskać złudzenie, że jest jakieś wyjście z pułapki śmierci Boga, że można w jakiś sposób pozostać wyznawcą w nowoczesnym świecie. A jednak to tylko złudzenie - wszak trójkąt jest nakreślony, a jego wierzchołki znaczą trzy klęski. Ktokolwiek stoi w tym polu ponosi klęskę tak czy inaczej."
Myślę, że cały ten artykuł może nam pomóc w zrozumieniu (częściowym przynajmniej...) walczących ateistów. Chociaż kategoryczność stwierdzeń i pewność siebie są uderzające (a może nawet denerwujące), to jednak często stoją za nimi po prostu ból i rozpacz. W dodatku nie możemy zaprzeczyć, że również my, chrześcijanie doświadczamy wielu trudności, upadków, dramatów...
A jednak buntuję się, kiedy słyszę -jak się określił Emil Cioran (zob. artykuł abpa J. Życińskiego)- "filozofa wyjącego":
"Obrońcy wiary i religii! Poddajcie się! Opuśćcie okopy Świętej Trójcy! Ponieśliście całkowitą klęskę!"
I przyłączam się do opinii arcybiskupa J. Życińskiego, który pisze:
"Leszek Kołakowski... widział zarówno w koncepcji śmierci Boga, jak i we współczesnym pragmatyzmie zagrożenie związane z możliwością odrzucenia samej idei człowieczeństwa i godności osoby ludzkiej... Dlatego niekwestionowalne pozostaje dla niego stwierdzenie, że wiara religijna stanowi fundament ludzkiego bytu. Na przekór piewcom pesymizmu, którzy deklarują kulturową śmierć chrześcijaństwa, Kołakowski twierdził jednoznacznie: >nie jest prawdą, że żyjemy w cywilizacji postchrześcijańskiej<. Nie jest prawdą dopóki istnieją w naszej kulturze >chrześcijanie tego samego pokroju ducha, co dawni męczennicy<".
x. Wojciech Zięba
sobota, 20 lutego 2010
poniedziałek, 8 lutego 2010
Piotr Tadeusz Waszkiewicz: W krzyżu zbawienie!
"Wielu ludziom zbyt surowy wydaje się nakaz: Zaprzyj się samego siebie, weź swój krzyż i idź za Jezusem. Jednak znacznie surowszy będzie wyrok, który zabrzmi w Dniu Ostatecznym: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny (Mt 25,41)." – Tomasz a Kempis, O naśladowaniu Chrystusa, ks. II, rozdz. XII
W panteonie bożków masowo czczonych w naszych czasach niepoślednie miejsce zajmuje wygoda. Wygodny człowiek idzie przez życie po linii najmniejszego oporu, w uniwersalnych dżinsach i adidasach, stołuje się w barach szybkiej obsługi, na imieninach zawsze życzy zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze. Pewno, że zdrowie! Wygodny człowiek nie uzna za ważniejsze od zdrowia życia, dlatego zarówno w odniesieniu do siebie, jak i innych, uważa, że lepiej „godnie” umrzeć niż cierpieć. Oczywiście – on także cierpi. Chateaubriand zauważył: „dajcie największemu biedakowi wszystkie skarby świata, każcie mu zaniechać pracy, zaspokójcie jego potrzeby, a nim minie kilka miesięcy, znów będzie wydany na pastwę zgryzot i nadziei”. Na tym świecie nie można bowiem przed zgryzotami, a więc cierpieniem, uciec – człowiek wygodny cierpi więc, lecz cierpienia w najmniejszym nawet stopniu nie akceptuje. Można powiedzieć, że – „nie cierpi cierpienia”. Jest to postawa dokładnie przeciwna postawie katolika.
„Vivere est militare” – powiada katolik. Królestwo niebieskie zdobywa się gwałtem. Przez cierpienie nasz Pan zbawił świat – a my mamy go naśladować; zapierając się samych siebie i dźwigając własny krzyż. Cierpienie jest wielką, jakkolwiek niełatwą, łaską – łaską powszechnie marnowaną. Św. o. Pio z Pietrelciny żalił się kiedyś, że przychodzą doń ludzie proszący o modlitwę w intencji uwolnienia ich od cierpienia. „Nie wiedzą, że cierpienie jest najcenniejszym, co mają” – powiedział. Święta s. Faustyna stwierdziła, że gdyby aniołowie mogli zazdrościć, to by ludziom zazdrościli dwóch rzeczy: Komunii św. oraz cierpienia. Tyle, że aby cierpienie stało się skarbem, musi być cierpliwie znoszone! Można je przyrównać do róży, którą – jednym aktem strzelistym – ofiarować można Panu Bogu lub Najświętszej Panience. Oczywiście, można także cisnąć ją w błoto, jeżeli zamiast aktu strzelistego wypowie się przekleństwo… Pięknie mówił o tym w jednym ze swych kazań św. Jan Maria Vianney:
Pewien kapłan wygłaszał w szpitalu kazanie do chorych – kazanie o cierpieniach. Wykazał w nim, jak bardzo podoba się Bogu, kiedy chrześcijanin spokojnie znosi swoje krzyże. Nauki tej słuchał człowiek, który chorował od wielu lat. Po kazaniu człowiek ten zaczął się smucić i płakać. Ksiądz spytał go, co się stało, czy ktoś nie zrobił mu jakiejś krzywdy. „Nie – odpowiedział chory – do nikogo nie mam żalu, tylko do siebie samego”. „Jak to?” – pyta zdziwiony ksiądz. „Ojcze, tyle lat choruję i wszystkie zasługi straciłem z powodu mojej niecierpliwości. A gdybym był ze spokojem znosił chorobę, jak wielkie bym zebrał skarby na życie wieczne”!
Mało kto dzisiaj zbiera w ten sposób skarby na życie wieczne – trzeba atoli zaznaczyć, że nie jest to bolączką dotykającą nasze czasy w sposób szczególny. Już Tomasz a Kempis pisał: „Wielu jest teraz takich, którzy chcieliby się znaleźć z Jezusem w królestwie niebieskim, ale niewielu, którzy dźwigają Jego krzyż. Wielu pragnie pociechy, ale niewielu cierpienia. Wielu chętnie towarzyszyłoby Mu w ucztowaniu, ale niewielu w poście. Wszyscy chcą się z Nim weselić, ale niewielu gotowych jest trudzić się dla Niego”. Tyle, że w jego czasach podkreślano, jak trudno dostać się do nieba – a dzisiaj wielu wydaje się, że po życiu nie znającym umartwień i cierpień powędrują prosto do nieba. Nic bardziej mylnego. „I dzisiaj grzechy są tak samo wstrętne w oczach Bożych, jak były w pierwszych wiekach Kościoła” – grzmiał św. Proboszcz z Ars, wzywając parafian do pokuty: z pewnością także przez ostatnie półtora wieku (które dzielą nas od śmierci patrona kapłanów) nie zmieniło się to.
Człowiek zatem ma cierpieć – brzmi to okrutnie, ale cóż innego wypada czynić stworzeniu, które bezmiarem cierpienia zbawił Pan Jezus? „Jesteście członkami Jezusa Chrystusa – pisał św. Ludwik Maria Grignion de Montfort – jakiż to zaszczyt! Jak bardzo jednak trzeba z tego powodu cierpieć! Głowa jest ukoronowana cierniem, a członki miałyby być uwieńczone różami? Głowa jest policzkowana i ubłocona w drodze na Golgotę, a członki miałyby być namaszczone wonnościami na tronie? Głowa nie ma gdzie spocząć, a członki wylegiwałyby się rozkosznie na puchowym łożu? Byłoby to niesłychaną potwornością”.
W tym kontekście należy niejako odwrócić cytowaną powyżej myśl Chateaubrianda (jakkolwiek zmiana ta pozostanie w zgodzie z duchem Geniuszu chrześcijaństwa): Bogu dzięki za to, że na tej ziemi nie można uciec od cierpienia! Bogu dzięki za to, że niezależnie od pozycji społecznej, od statusu materialnego, od dobrego imienia – niezależnie od wszystkiego: wszyscy możemy cierpieć. Najrozmaitsze są ludzkie troski i zgryzoty, ale nikt nie jest od nich wolny. Każdy zatem ma w ręku ten wspaniały oręż do walki o świętość. Pozostaje umiejętnie zeń korzystać. Władca Albanii, książę Jerzy Kastriota (zwany Skanderbegiem), walcząc z Turkami zasłynął z ogromnej siły. Będąc pod jej wrażeniem, sułtan turecki prosił go o pokazanie miecza, którym książę głowy ścinał jak makówki. I rzeczywiście: Kastriota posłał miecz sułtanowi, lecz ani ten, ani jego dworzanie, nie potrafili nawet unieść broni. Rozgniewany sułtan odsyłając miecz przekazał Skanderbegowi, że nie jest możliwe, żeby ten nim walczył w bitwie; więc żeby z sułtana nie kpił. Skanderbeg odpowiedział jednak: „miecz ci pokazałem, nie ramię”. Na nic więc mieć dobry oręż, jeśli nie można zeń korzystać.
Św. Josemaria Escriva radzi: „kochać Krzyż, to znaczy umieć chętnie wyrzekać się siebie z miłości do Chrystusa, choćby to kosztowało, i dlatego, że to kosztuje…”
Tymczasem dzisiaj krzyż jest usuwany zewsząd. Batalie o krzyże w miejscach publicznych, w salach szkolnych, sądowych, samorządowych to tylko jedna warstwa zagadnienia. Inną kwestią jest dobrowolna ucieczka od krzyża samych chrześcijan. Zaniedbywany jest już sam znak Krzyża świętego – czyli zewnętrzny znak chrześcijanina, przez który w najprostszy sposób wyznaje się główne tajemnice wiary chrześcijańskiej (poprzez słowa – tajemnicę Trójcy Świętej; poprzez kształt Krzyża – tajemnicę Odkupienia). Kardynał Gasparri w swoim katechizmie pisał: „Jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie żegnać się często i pobożnie Krzyżem świętym, zwłaszcza na początku i na końcu czynności (…) Ponieważ znak ten, gdy się go czyni należycie, jest zewnętrznym aktem wewnętrznej wiary, i dlatego ma on tę moc, że pobudza wiarę, zwycięża wzgląd ludzki, oddala pokusy, odwraca niebezpieczeństwa grzechu i zjednuje u Boga inne łaski”. Jak bardzo praktyka ta jest współcześnie zaniedbywana, nie trzeba dowodzić. Ograniczmy się do najprostszego przykładu: o ile w domach (choć także, niestety, coraz rzadziej) zwyczaj ten jest jeszcze praktykowany, o tyle widok osoby czyniącej żegnającej się przed posiłkiem w restauracji stanowi nieomal sensację. Coraz częściej także nieświadomi katolicy obwieszają się wprost pogańskimi talizmanami – wyrzucając w kąt „mało oryginalne” krzyżyki…
„Trudne jest dzisiaj życie chrześcijanina. – pisał Plinio Correa de Oliveira – Zobowiązany prowadzić nieustanną walkę z samym sobą, aby żyć w zgodzie z Boskimi przykazaniami, wydaje się czymś dziwacznym w świecie, w którym za najwyższe wartości uznaje się nieraz życiowe uciechy i dogadzanie własnym namiętnościom. Ciąży nam na ramionach krzyż wierności Twojemu Prawu, Panie. I czasami wydaje nam się, że brakuje nam tchu”. Skąd więc czerpać siły do dźwigania krzyża? Z Krzyża Chrystusowego, z przykładu świętych, z modlitwy, z Eucharystii.
Po pierwsze, z męki Pana Jezusa. Święty Franciszek Salezy radził: „Spoglądaj często oczyma duszy na Jezusa ukrzyżowanego, obnażonego, bluźnionego, spotwarzanego, opuszczonego, przywalonego wszelkim rodzajem tęsknoty, smutków i cierpienia. I zważ, że wszystkie twoje cierpienia, tak co do jakości, jak co do ilości, są w porównaniu z Jego cierpieniami jakby niczym, i że cierpienia twoje dla Niego nigdy nie dorównają Jego cierpieniom dla ciebie”. Rzeczywiście, męka naszego Pana, którą powinniśmy mieć zawsze przed oczami, w każdej sytuacji pomaga w zachowaniu prawdziwie chrześcijańskiego umiaru. W cierpieniu pociesza, w radości powściąga. „Prośmy Go, by obdarzył nas takim wspomnieniem tej straszliwej i haniebnej śmierci i męki, abyśmy zasłużyli za życia na Jego łaskę, a po śmierci na Jego najświętszą chwałę. Który żyje i króluje na wieki wieków. Amen” – tak się modlił św. Bernardyn. Takiej łaski dostąpił pewien pustelnik, któremu (wedle Ludolfa) ukazał się przybity do krzyża, pokryty ranami Pan Jezus, mówiąc: „Patrz na Mnie, a choćby twoje serce było twardsze niż skały, skruszy się na widok boleści, jakie poniosłem za grzechy rodzaju ludzkiego”.
Po drugie, z przykładu świętych. Niezliczone rzesze męczenników Chrystusowych ponosiło w Jego imię męczarnie nieporównanie straszniejsze od naszych drobnych nieprzyjemności. „Spójrzcie, moi drodzy Przyjaciele Krzyża – pisał św. Ludwik Maria Grignion de Montfort –na rzeszę apostołów i męczenników pokrytych szkarłatem własnej krwi; na tyle dziewic i tylu wyznawców, ogołoconych, upokorzonych, wygnanych, odtrąconych”. I dzisiaj nie brak na świecie chrześcijan, którzy cierpią prawdziwe prześladowania w tak wielu częściach świata – pamiętając o nich, warto powtórzyć za św. Franciszkiem Salezym: „Zaprawdę, moje trudy są odpoczynkiem, a moje ciernie różami w porównaniu do tych wszystkich, którzy bez opatrzenia, bez pociechy, bez ulgi, żyją w ciągłej śmierci, przyciśnięci bez porównania cięższymi utrapieniami”.
Po trzecie, z modlitwy. Jak pisał św. ks. Alojzy Orione: „Nie prośmy Jezusa, by uwolnił nas od utrapień i krzyży, bo byłoby to największym nieszczęściem. Prośmy Go raczej, abyśmy zawsze spełniali tylko Jego wolę, tak jak będzie nam ona oznajmiona przez święty Kościół”. Modlitwa o posłuszeństwo i o siły do niesienia krzyża ma wielką moc. Natomiast „łaska, której Bóg nigdy nie odmawia, jest w stanie sprawić to, czego nie mogą uczynić zwykłe siły naturalne” (Plinio Correa de Oliveira).
Po czwarte – i najważniejsze – z Eucharystii. Wielki kaznodzieja węgierski, Tihamer Toth, wołał: „Nie zniechęcajmy się, nie upadajmy na duchu, kiedy nas Chrystus prowadzi po skalistych drogach cierpienia i pyta: Czy chcesz wypić do dna ten kielich cierpienia? Nie przerażajmy się tym pytaniem! Uklęknijmy przed Eucharystią i odpowiedzmy: Wiesz Panie, że chcę… potrafię… ściślej mówiąc chciałbym… a jeśli nie umiem, to mnie naucz, jak trzeba kochać cierpienie. Daj mi siły, żebym pożywając Twoje Najświętsze Ciało i Krew, mógł w każdej chwili pokornie wychylić kielich cierpienia, jak Tyś go wypił przyjąwszy z rąk Ojca. Daj, żeby Eucharystia była dla mnie prawdziwą pomocą w potrzebach życia”.
Jak pisał Tomasz a Kempis: „Jeżeli człowiek rozda cały swój majątek, niczego nie dokonał; jeżeli odpokutuje za swoje grzechy, uczynił niewiele; jeżeli zdobędzie całą wiedzę, wciąż ma przed sobą daleką drogę; jeśli stanie się bardzo cnotliwy i żarliwie pobożny, nadal nie osiągnął celu, gdyż nie zrobił tego, co najważniejsze. Cóż więc takiego powinien uczynić? Wyrzekłszy się wszystkiego, niech wyrzeknie się samego siebie, a porzuciwszy samego siebie, niech porzuci wszelką miłość własną”. Albowiem, „Bogu winniśmy oddać wszystko, absolutnie wszystko, a kiedy już oddamy wszystko – powinniśmy oddać jeszcze nasze własne życie” (Plinio Correa de Oliveira).
Kiedy jednak człowiek zjednoczy swój krzyż z wolą Bożą poprzez akt posłuszeństwa (fiat!), zaraz napełni się radością i pokojem (św. Josemaria Escriva). „Jeśli chętnie niesiesz krzyż, on także cię niesie i zaniesie do upragnionego celu, gdzie skończy się cierpienie, które tutaj nie ma końca” (Tomasz a Kempis).
Piotr Tadeusz Waszkiewicz
W panteonie bożków masowo czczonych w naszych czasach niepoślednie miejsce zajmuje wygoda. Wygodny człowiek idzie przez życie po linii najmniejszego oporu, w uniwersalnych dżinsach i adidasach, stołuje się w barach szybkiej obsługi, na imieninach zawsze życzy zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze. Pewno, że zdrowie! Wygodny człowiek nie uzna za ważniejsze od zdrowia życia, dlatego zarówno w odniesieniu do siebie, jak i innych, uważa, że lepiej „godnie” umrzeć niż cierpieć. Oczywiście – on także cierpi. Chateaubriand zauważył: „dajcie największemu biedakowi wszystkie skarby świata, każcie mu zaniechać pracy, zaspokójcie jego potrzeby, a nim minie kilka miesięcy, znów będzie wydany na pastwę zgryzot i nadziei”. Na tym świecie nie można bowiem przed zgryzotami, a więc cierpieniem, uciec – człowiek wygodny cierpi więc, lecz cierpienia w najmniejszym nawet stopniu nie akceptuje. Można powiedzieć, że – „nie cierpi cierpienia”. Jest to postawa dokładnie przeciwna postawie katolika.
„Vivere est militare” – powiada katolik. Królestwo niebieskie zdobywa się gwałtem. Przez cierpienie nasz Pan zbawił świat – a my mamy go naśladować; zapierając się samych siebie i dźwigając własny krzyż. Cierpienie jest wielką, jakkolwiek niełatwą, łaską – łaską powszechnie marnowaną. Św. o. Pio z Pietrelciny żalił się kiedyś, że przychodzą doń ludzie proszący o modlitwę w intencji uwolnienia ich od cierpienia. „Nie wiedzą, że cierpienie jest najcenniejszym, co mają” – powiedział. Święta s. Faustyna stwierdziła, że gdyby aniołowie mogli zazdrościć, to by ludziom zazdrościli dwóch rzeczy: Komunii św. oraz cierpienia. Tyle, że aby cierpienie stało się skarbem, musi być cierpliwie znoszone! Można je przyrównać do róży, którą – jednym aktem strzelistym – ofiarować można Panu Bogu lub Najświętszej Panience. Oczywiście, można także cisnąć ją w błoto, jeżeli zamiast aktu strzelistego wypowie się przekleństwo… Pięknie mówił o tym w jednym ze swych kazań św. Jan Maria Vianney:
Pewien kapłan wygłaszał w szpitalu kazanie do chorych – kazanie o cierpieniach. Wykazał w nim, jak bardzo podoba się Bogu, kiedy chrześcijanin spokojnie znosi swoje krzyże. Nauki tej słuchał człowiek, który chorował od wielu lat. Po kazaniu człowiek ten zaczął się smucić i płakać. Ksiądz spytał go, co się stało, czy ktoś nie zrobił mu jakiejś krzywdy. „Nie – odpowiedział chory – do nikogo nie mam żalu, tylko do siebie samego”. „Jak to?” – pyta zdziwiony ksiądz. „Ojcze, tyle lat choruję i wszystkie zasługi straciłem z powodu mojej niecierpliwości. A gdybym był ze spokojem znosił chorobę, jak wielkie bym zebrał skarby na życie wieczne”!
Mało kto dzisiaj zbiera w ten sposób skarby na życie wieczne – trzeba atoli zaznaczyć, że nie jest to bolączką dotykającą nasze czasy w sposób szczególny. Już Tomasz a Kempis pisał: „Wielu jest teraz takich, którzy chcieliby się znaleźć z Jezusem w królestwie niebieskim, ale niewielu, którzy dźwigają Jego krzyż. Wielu pragnie pociechy, ale niewielu cierpienia. Wielu chętnie towarzyszyłoby Mu w ucztowaniu, ale niewielu w poście. Wszyscy chcą się z Nim weselić, ale niewielu gotowych jest trudzić się dla Niego”. Tyle, że w jego czasach podkreślano, jak trudno dostać się do nieba – a dzisiaj wielu wydaje się, że po życiu nie znającym umartwień i cierpień powędrują prosto do nieba. Nic bardziej mylnego. „I dzisiaj grzechy są tak samo wstrętne w oczach Bożych, jak były w pierwszych wiekach Kościoła” – grzmiał św. Proboszcz z Ars, wzywając parafian do pokuty: z pewnością także przez ostatnie półtora wieku (które dzielą nas od śmierci patrona kapłanów) nie zmieniło się to.
Człowiek zatem ma cierpieć – brzmi to okrutnie, ale cóż innego wypada czynić stworzeniu, które bezmiarem cierpienia zbawił Pan Jezus? „Jesteście członkami Jezusa Chrystusa – pisał św. Ludwik Maria Grignion de Montfort – jakiż to zaszczyt! Jak bardzo jednak trzeba z tego powodu cierpieć! Głowa jest ukoronowana cierniem, a członki miałyby być uwieńczone różami? Głowa jest policzkowana i ubłocona w drodze na Golgotę, a członki miałyby być namaszczone wonnościami na tronie? Głowa nie ma gdzie spocząć, a członki wylegiwałyby się rozkosznie na puchowym łożu? Byłoby to niesłychaną potwornością”.
W tym kontekście należy niejako odwrócić cytowaną powyżej myśl Chateaubrianda (jakkolwiek zmiana ta pozostanie w zgodzie z duchem Geniuszu chrześcijaństwa): Bogu dzięki za to, że na tej ziemi nie można uciec od cierpienia! Bogu dzięki za to, że niezależnie od pozycji społecznej, od statusu materialnego, od dobrego imienia – niezależnie od wszystkiego: wszyscy możemy cierpieć. Najrozmaitsze są ludzkie troski i zgryzoty, ale nikt nie jest od nich wolny. Każdy zatem ma w ręku ten wspaniały oręż do walki o świętość. Pozostaje umiejętnie zeń korzystać. Władca Albanii, książę Jerzy Kastriota (zwany Skanderbegiem), walcząc z Turkami zasłynął z ogromnej siły. Będąc pod jej wrażeniem, sułtan turecki prosił go o pokazanie miecza, którym książę głowy ścinał jak makówki. I rzeczywiście: Kastriota posłał miecz sułtanowi, lecz ani ten, ani jego dworzanie, nie potrafili nawet unieść broni. Rozgniewany sułtan odsyłając miecz przekazał Skanderbegowi, że nie jest możliwe, żeby ten nim walczył w bitwie; więc żeby z sułtana nie kpił. Skanderbeg odpowiedział jednak: „miecz ci pokazałem, nie ramię”. Na nic więc mieć dobry oręż, jeśli nie można zeń korzystać.
Św. Josemaria Escriva radzi: „kochać Krzyż, to znaczy umieć chętnie wyrzekać się siebie z miłości do Chrystusa, choćby to kosztowało, i dlatego, że to kosztuje…”
Tymczasem dzisiaj krzyż jest usuwany zewsząd. Batalie o krzyże w miejscach publicznych, w salach szkolnych, sądowych, samorządowych to tylko jedna warstwa zagadnienia. Inną kwestią jest dobrowolna ucieczka od krzyża samych chrześcijan. Zaniedbywany jest już sam znak Krzyża świętego – czyli zewnętrzny znak chrześcijanina, przez który w najprostszy sposób wyznaje się główne tajemnice wiary chrześcijańskiej (poprzez słowa – tajemnicę Trójcy Świętej; poprzez kształt Krzyża – tajemnicę Odkupienia). Kardynał Gasparri w swoim katechizmie pisał: „Jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie żegnać się często i pobożnie Krzyżem świętym, zwłaszcza na początku i na końcu czynności (…) Ponieważ znak ten, gdy się go czyni należycie, jest zewnętrznym aktem wewnętrznej wiary, i dlatego ma on tę moc, że pobudza wiarę, zwycięża wzgląd ludzki, oddala pokusy, odwraca niebezpieczeństwa grzechu i zjednuje u Boga inne łaski”. Jak bardzo praktyka ta jest współcześnie zaniedbywana, nie trzeba dowodzić. Ograniczmy się do najprostszego przykładu: o ile w domach (choć także, niestety, coraz rzadziej) zwyczaj ten jest jeszcze praktykowany, o tyle widok osoby czyniącej żegnającej się przed posiłkiem w restauracji stanowi nieomal sensację. Coraz częściej także nieświadomi katolicy obwieszają się wprost pogańskimi talizmanami – wyrzucając w kąt „mało oryginalne” krzyżyki…
„Trudne jest dzisiaj życie chrześcijanina. – pisał Plinio Correa de Oliveira – Zobowiązany prowadzić nieustanną walkę z samym sobą, aby żyć w zgodzie z Boskimi przykazaniami, wydaje się czymś dziwacznym w świecie, w którym za najwyższe wartości uznaje się nieraz życiowe uciechy i dogadzanie własnym namiętnościom. Ciąży nam na ramionach krzyż wierności Twojemu Prawu, Panie. I czasami wydaje nam się, że brakuje nam tchu”. Skąd więc czerpać siły do dźwigania krzyża? Z Krzyża Chrystusowego, z przykładu świętych, z modlitwy, z Eucharystii.
Po pierwsze, z męki Pana Jezusa. Święty Franciszek Salezy radził: „Spoglądaj często oczyma duszy na Jezusa ukrzyżowanego, obnażonego, bluźnionego, spotwarzanego, opuszczonego, przywalonego wszelkim rodzajem tęsknoty, smutków i cierpienia. I zważ, że wszystkie twoje cierpienia, tak co do jakości, jak co do ilości, są w porównaniu z Jego cierpieniami jakby niczym, i że cierpienia twoje dla Niego nigdy nie dorównają Jego cierpieniom dla ciebie”. Rzeczywiście, męka naszego Pana, którą powinniśmy mieć zawsze przed oczami, w każdej sytuacji pomaga w zachowaniu prawdziwie chrześcijańskiego umiaru. W cierpieniu pociesza, w radości powściąga. „Prośmy Go, by obdarzył nas takim wspomnieniem tej straszliwej i haniebnej śmierci i męki, abyśmy zasłużyli za życia na Jego łaskę, a po śmierci na Jego najświętszą chwałę. Który żyje i króluje na wieki wieków. Amen” – tak się modlił św. Bernardyn. Takiej łaski dostąpił pewien pustelnik, któremu (wedle Ludolfa) ukazał się przybity do krzyża, pokryty ranami Pan Jezus, mówiąc: „Patrz na Mnie, a choćby twoje serce było twardsze niż skały, skruszy się na widok boleści, jakie poniosłem za grzechy rodzaju ludzkiego”.
Po drugie, z przykładu świętych. Niezliczone rzesze męczenników Chrystusowych ponosiło w Jego imię męczarnie nieporównanie straszniejsze od naszych drobnych nieprzyjemności. „Spójrzcie, moi drodzy Przyjaciele Krzyża – pisał św. Ludwik Maria Grignion de Montfort –na rzeszę apostołów i męczenników pokrytych szkarłatem własnej krwi; na tyle dziewic i tylu wyznawców, ogołoconych, upokorzonych, wygnanych, odtrąconych”. I dzisiaj nie brak na świecie chrześcijan, którzy cierpią prawdziwe prześladowania w tak wielu częściach świata – pamiętając o nich, warto powtórzyć za św. Franciszkiem Salezym: „Zaprawdę, moje trudy są odpoczynkiem, a moje ciernie różami w porównaniu do tych wszystkich, którzy bez opatrzenia, bez pociechy, bez ulgi, żyją w ciągłej śmierci, przyciśnięci bez porównania cięższymi utrapieniami”.
Po trzecie, z modlitwy. Jak pisał św. ks. Alojzy Orione: „Nie prośmy Jezusa, by uwolnił nas od utrapień i krzyży, bo byłoby to największym nieszczęściem. Prośmy Go raczej, abyśmy zawsze spełniali tylko Jego wolę, tak jak będzie nam ona oznajmiona przez święty Kościół”. Modlitwa o posłuszeństwo i o siły do niesienia krzyża ma wielką moc. Natomiast „łaska, której Bóg nigdy nie odmawia, jest w stanie sprawić to, czego nie mogą uczynić zwykłe siły naturalne” (Plinio Correa de Oliveira).
Po czwarte – i najważniejsze – z Eucharystii. Wielki kaznodzieja węgierski, Tihamer Toth, wołał: „Nie zniechęcajmy się, nie upadajmy na duchu, kiedy nas Chrystus prowadzi po skalistych drogach cierpienia i pyta: Czy chcesz wypić do dna ten kielich cierpienia? Nie przerażajmy się tym pytaniem! Uklęknijmy przed Eucharystią i odpowiedzmy: Wiesz Panie, że chcę… potrafię… ściślej mówiąc chciałbym… a jeśli nie umiem, to mnie naucz, jak trzeba kochać cierpienie. Daj mi siły, żebym pożywając Twoje Najświętsze Ciało i Krew, mógł w każdej chwili pokornie wychylić kielich cierpienia, jak Tyś go wypił przyjąwszy z rąk Ojca. Daj, żeby Eucharystia była dla mnie prawdziwą pomocą w potrzebach życia”.
Jak pisał Tomasz a Kempis: „Jeżeli człowiek rozda cały swój majątek, niczego nie dokonał; jeżeli odpokutuje za swoje grzechy, uczynił niewiele; jeżeli zdobędzie całą wiedzę, wciąż ma przed sobą daleką drogę; jeśli stanie się bardzo cnotliwy i żarliwie pobożny, nadal nie osiągnął celu, gdyż nie zrobił tego, co najważniejsze. Cóż więc takiego powinien uczynić? Wyrzekłszy się wszystkiego, niech wyrzeknie się samego siebie, a porzuciwszy samego siebie, niech porzuci wszelką miłość własną”. Albowiem, „Bogu winniśmy oddać wszystko, absolutnie wszystko, a kiedy już oddamy wszystko – powinniśmy oddać jeszcze nasze własne życie” (Plinio Correa de Oliveira).
Kiedy jednak człowiek zjednoczy swój krzyż z wolą Bożą poprzez akt posłuszeństwa (fiat!), zaraz napełni się radością i pokojem (św. Josemaria Escriva). „Jeśli chętnie niesiesz krzyż, on także cię niesie i zaniesie do upragnionego celu, gdzie skończy się cierpienie, które tutaj nie ma końca” (Tomasz a Kempis).
Piotr Tadeusz Waszkiewicz
czwartek, 28 stycznia 2010
San Marino popiera Włochy w sprawie krzyży w szkołach
Rząd Republiki San Marino popiera stanowisko władz Włoch w sprawie orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, dotyczącego usunięcia krzyży ze szkół publicznych.
– Udzielamy naszego poparcia, ponieważ gdyby podobne orzeczenie wydano w sprawie naszego kraju, zareagowalibyśmy tak samo, jak Włochy – powiedziała minister spraw zagranicznych republiki San Marino Antonella Mularoni. Dodała, że jej mieszkańcy są podobnie jak ich sąsiedzi „dumni z chrześcijańskich korzeni swego kraju”.
W odpowiedzi na orzeczenie wydane w listopadzie ubiegłego roku przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, zalecające rządowi włoskiemu usunięcie krzyży z klas szkolnych, ponieważ jakoby „naruszają prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swymi poglądami”, a samych uczniów pozbawiają wolności religijnej, ministerstwo spraw zagranicznych Włoch zapowiedziało złożenie odwołania od orzeczenia.
Źródło: KAI
Za: PiotrSkarga.pl
– Udzielamy naszego poparcia, ponieważ gdyby podobne orzeczenie wydano w sprawie naszego kraju, zareagowalibyśmy tak samo, jak Włochy – powiedziała minister spraw zagranicznych republiki San Marino Antonella Mularoni. Dodała, że jej mieszkańcy są podobnie jak ich sąsiedzi „dumni z chrześcijańskich korzeni swego kraju”.
W odpowiedzi na orzeczenie wydane w listopadzie ubiegłego roku przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, zalecające rządowi włoskiemu usunięcie krzyży z klas szkolnych, ponieważ jakoby „naruszają prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swymi poglądami”, a samych uczniów pozbawiają wolności religijnej, ministerstwo spraw zagranicznych Włoch zapowiedziało złożenie odwołania od orzeczenia.
Źródło: KAI
Za: PiotrSkarga.pl
środa, 27 stycznia 2010
MEN zasypany e-mailami w obronie krzyży w szkołach
We Wrocławskich kościołach księża apelują do parafian o wysyłanie maili do Ministerstwa Edukacji Narodowej w obronie krzyży w Polskich szkołach. – Chodzi o to, by głos katolików w naszej ojczyźnie też był brany pod uwagę – powiedział o. Marek Augustyn OFMConv., proboszcz parafii św. Karola Boromeusza.
– Inicjatywa wyszła od naszych parafian, którzy pytali się co można w tej sprawie zrobić – mówi. o. Augustyn. – Chodzi o to, by głos katolików w naszej ojczyźnie też był brany pod uwagę. Znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka i ofiary oraz wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka. Do ministerstwa trafia coraz więcej apeli w obronie krzyży – uważa zakonnik.
Biuro prasowe MEN potwierdza, że skrzynki e-mailowe ma przepełnione listami w obronie krzyża. Resort edukacji zapowiada, że spróbuje na wszystkie odpowiedzieć i jeszcze raz przypomni rozporządzenie z 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach. Mówi ono m.in. że umieszczanie krzyża w pomieszczeniach szkolnych jest fakultatywne.
Rzecznik MEN przypomniał, że to, czy symbol religijny będzie powieszony, czy też nie, zależy od decyzji całej społeczności szkolnej.
Źródło: KAI
Za: PiotrSkarga.pl
– Inicjatywa wyszła od naszych parafian, którzy pytali się co można w tej sprawie zrobić – mówi. o. Augustyn. – Chodzi o to, by głos katolików w naszej ojczyźnie też był brany pod uwagę. Znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka i ofiary oraz wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka. Do ministerstwa trafia coraz więcej apeli w obronie krzyży – uważa zakonnik.
Biuro prasowe MEN potwierdza, że skrzynki e-mailowe ma przepełnione listami w obronie krzyża. Resort edukacji zapowiada, że spróbuje na wszystkie odpowiedzieć i jeszcze raz przypomni rozporządzenie z 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach. Mówi ono m.in. że umieszczanie krzyża w pomieszczeniach szkolnych jest fakultatywne.
Rzecznik MEN przypomniał, że to, czy symbol religijny będzie powieszony, czy też nie, zależy od decyzji całej społeczności szkolnej.
Źródło: KAI
Za: PiotrSkarga.pl
piątek, 22 stycznia 2010
Rząd włoski odwoła się od orzeczenia w sprawie krzyży
Ministerstwo Spraw Zagranicznych Włoch przygotowuje odwołanie od orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie krzyży w szkołach publicznych tego kraju. Orzeczenie, wydane w listopadzie ubiegłego roku w Strasburgu, wywołało wielkie poruszenie nie tylko we Włoszech, ale w wielu krajach europejskich.
Zwrócił na to uwagę, informując dziennikarzy o inicjatywie rządu, szef Urzędu Rady Ministrów Gianni Letta. W odwołaniu znajdzie się – jak powiedział – “bogata dokumentacja i uzasadnienie”. – Mamy nadzieję, że Trybunał w Strasburgu zadośćuczyni temu, co uważamy za poważne uchybienie przede wszystkim kulturze, a dopiero potem prawu, duchowi bardziej aniżeli uczuciom religijnym – oświadczył najbliższy współpracownik premiera Silvio Berlusconiego.
Wiadomość o odwołaniu przyjął z uznaniem przewodniczący episkopatu Włoch kard. Angelo Bagnasco. Hierarcha podkreślił, że solidarność okazało Włochom wiele krajów europejskich. Jego zdaniem, orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który zalecił usunięcie krzyży z klas szkolnych, „sprzeczne jest nie tylko z historią Europy, ale także z powszechnymi uczuciami ludzi”.
Źródło: KAI
Za: PiotrSkarga.pl
Zwrócił na to uwagę, informując dziennikarzy o inicjatywie rządu, szef Urzędu Rady Ministrów Gianni Letta. W odwołaniu znajdzie się – jak powiedział – “bogata dokumentacja i uzasadnienie”. – Mamy nadzieję, że Trybunał w Strasburgu zadośćuczyni temu, co uważamy za poważne uchybienie przede wszystkim kulturze, a dopiero potem prawu, duchowi bardziej aniżeli uczuciom religijnym – oświadczył najbliższy współpracownik premiera Silvio Berlusconiego.
Wiadomość o odwołaniu przyjął z uznaniem przewodniczący episkopatu Włoch kard. Angelo Bagnasco. Hierarcha podkreślił, że solidarność okazało Włochom wiele krajów europejskich. Jego zdaniem, orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który zalecił usunięcie krzyży z klas szkolnych, „sprzeczne jest nie tylko z historią Europy, ale także z powszechnymi uczuciami ludzi”.
Źródło: KAI
Za: PiotrSkarga.pl
wtorek, 19 stycznia 2010
Tomasz Daroszewski: O sprawie krzyży w kontekście wyroku ze Strasburga
Orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wywołało w Europie falę komentarzy. Ciekawią nie tyle reakcje publicystów – ich akurat trzeba się było spodziewać - co realny odzew społeczny, którego doświadczamy także w naszym mieście. Z wielkim zdumieniem dowidziałem się, że kilku uczniów XIV LO wystąpiło do dyrektora z wnioskiem o zdjęcie krzyży z sal lekcyjnych. W swojej petycji zastosowali podobną argumentację, jaką umieścił Trybunał w orzeczeniu. To tok myślenia, który, abstrahując nawet od zupełnego braku zakorzenienia w naszej kulturze i próby jej przewartościowania, daleki jest od spójnego wywodu.
Przyjrzyjmy się kilku argumentom Trybunału i stojącym za nimi założeniom. Sędziowie uznali, że obecność krzyży w klasach lekcyjnych narusza prawo dzieci Soile Lautsi do wolności religijnej a także jej prawo do wychowywania ich zgodnie z własnymi przekonaniami. Trybunał przyjął rozumienie neutralności państwa w duchu bardzo agresywnej, francuskiej koncepcji laickości, w myśl której niedopuszczalne jest umieszczanie jakichkolwiek symboli religijnych w przestrzeni publicznej. W ten sposób państwo, unikając ze wszystkich sił posądzenia o faworyzowanie jakiegokolwiek światopoglądu, miałoby rzekomo zapewnić obywatelom równość i wolność, zbawienny pluralizm i wielokulturowość.
Tak pojęta światopoglądowa sterylność nie jest jednak w ogóle możliwa. Przytoczmy kilka sformułowań z orzeczenia. Trybunał stwierdził m.in., że szkoła powinna przekazywać treści edukacyjne w sposób „krytyczny, obiektywny i pluralistyczny”. Zobowiązana do zachowania neutralności wyznaniowej, powinna zaszczepiać w uczniach „myślenie krytyczne”(!). Tak pojęta neutralność jest jednak bliska nietolerancyjnej laickości i oczywiście również jest światopoglądem, którego faworyzowania domaga się Trybunał.
Przeciwstawianie „krytycznego myślenia” chrześcijaństwu dowodzi ponadto braku znajomości jego filozoficznego dorobku. Tomizm, który jest niemalże oficjalną filozofią Kościoła, w żaden sposób nie przeciwstawia rozumu wierze. Pełne potwierdzenie tego stanowiska wyrażone jest w encyklice Jana Pawła II „Fides et ratio”. Wielokrotnie było także powtarzane przez Benedykta XVI, m.in. w jego przemówieniu wygłoszonym na uniwersytecie La Sappienza 15 lutego 1990 – wtedy występował jeszcze jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary - które stało się później przyczyną głośnych protestów. O tym, jak mało zasadnych, wiedzą jednak tylko ci, którzy zadali sobie trud sięgnięcia do jego treści. Próba zaszufladkowania wiary katolickiej jako stanowiska Ciemnogrodu, które zaślepione fanatyczną wiarą pozostaje wyłączone z dyskursu naukowego jest nieporozumieniem i świadczy o nieznajomości tematu.
Chybiony jest także zarzut, że przez obecność krzyża w szkole osoby, które z jakichkolwiek względów nie uznają go jako swojego symbolu, są w sytuacji opresyjnej. (W orzeczeniu Trybunał pisze o tym, że obecność krzyża może u nich wręcz powodować zaburzenia emocjonalne!) Od mniejszości nie wymaga się w tym przypadku kompletnie niczego, poza uznaniem faktu, że chodzą do szkoły, gdzie wiszą krzyże. Nie ma tu miejsca żadna indoktrynacja ani nawracanie na siłę.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wyrok Trybunału jest bardzo dalekim odejściem od pierwotnego ducha praw człowieka. Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych wolności z 1950 r., uznając przysługujące każdemu prawo do wolności wyznania, mówi wprost, że obejmuje ono wolność uzewnętrzniania swoich przekonań zarówno prywatnie jak i publicznie. Nie mam wątpliwości, że twórcy Konwencji mieli na celu ochronę swobody wyrażania swojego wyznania i w konsekwencji wzmacnianie pluralizmu. Interpretacja w duchu ostatniego orzeczenia Trybunału prowadzi jednak nie tyle do pluralizmu, co do wyjałowienia z jakichkolwiek form i przejawów religijności w sferze publicznej. Tym samym stoi nie tyle na straży wolności sumienia, co próbuje wcielić w życie nierealistyczną koncepcję wolności OD jakiegokolwiek wyznania. Doprawdy, nie sposób tu mówić o jakiejkolwiek neutralności.
Nie sądzę, żeby wyrok Trybunału był zagrożeniem dla istoty chrześcijaństwa, bo nie czerpie ani nigdy nie czerpało ono swej siły z symboli. Prawdziwie przeżywana wiara nie da się zredukować do roli „wyznania politycznego”, albo światopoglądu, któremu należy się poparcie np. dlatego, że pomaga zachować tożsamość jakiejś grupy społecznej. Niestety, wyrok Trybunału prowadzi tylko do antagonizacji stron i stworzeniu pewnego pola konfliktu. Na pewno nie można go nazwać wyrokiem, który niesie pokój.
Tomasz Daroszewski
Źródło: http://teologiapolityczna.dolnyslask24.info/blog.php
Przyjrzyjmy się kilku argumentom Trybunału i stojącym za nimi założeniom. Sędziowie uznali, że obecność krzyży w klasach lekcyjnych narusza prawo dzieci Soile Lautsi do wolności religijnej a także jej prawo do wychowywania ich zgodnie z własnymi przekonaniami. Trybunał przyjął rozumienie neutralności państwa w duchu bardzo agresywnej, francuskiej koncepcji laickości, w myśl której niedopuszczalne jest umieszczanie jakichkolwiek symboli religijnych w przestrzeni publicznej. W ten sposób państwo, unikając ze wszystkich sił posądzenia o faworyzowanie jakiegokolwiek światopoglądu, miałoby rzekomo zapewnić obywatelom równość i wolność, zbawienny pluralizm i wielokulturowość.
Tak pojęta światopoglądowa sterylność nie jest jednak w ogóle możliwa. Przytoczmy kilka sformułowań z orzeczenia. Trybunał stwierdził m.in., że szkoła powinna przekazywać treści edukacyjne w sposób „krytyczny, obiektywny i pluralistyczny”. Zobowiązana do zachowania neutralności wyznaniowej, powinna zaszczepiać w uczniach „myślenie krytyczne”(!). Tak pojęta neutralność jest jednak bliska nietolerancyjnej laickości i oczywiście również jest światopoglądem, którego faworyzowania domaga się Trybunał.
Przeciwstawianie „krytycznego myślenia” chrześcijaństwu dowodzi ponadto braku znajomości jego filozoficznego dorobku. Tomizm, który jest niemalże oficjalną filozofią Kościoła, w żaden sposób nie przeciwstawia rozumu wierze. Pełne potwierdzenie tego stanowiska wyrażone jest w encyklice Jana Pawła II „Fides et ratio”. Wielokrotnie było także powtarzane przez Benedykta XVI, m.in. w jego przemówieniu wygłoszonym na uniwersytecie La Sappienza 15 lutego 1990 – wtedy występował jeszcze jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary - które stało się później przyczyną głośnych protestów. O tym, jak mało zasadnych, wiedzą jednak tylko ci, którzy zadali sobie trud sięgnięcia do jego treści. Próba zaszufladkowania wiary katolickiej jako stanowiska Ciemnogrodu, które zaślepione fanatyczną wiarą pozostaje wyłączone z dyskursu naukowego jest nieporozumieniem i świadczy o nieznajomości tematu.
Chybiony jest także zarzut, że przez obecność krzyża w szkole osoby, które z jakichkolwiek względów nie uznają go jako swojego symbolu, są w sytuacji opresyjnej. (W orzeczeniu Trybunał pisze o tym, że obecność krzyża może u nich wręcz powodować zaburzenia emocjonalne!) Od mniejszości nie wymaga się w tym przypadku kompletnie niczego, poza uznaniem faktu, że chodzą do szkoły, gdzie wiszą krzyże. Nie ma tu miejsca żadna indoktrynacja ani nawracanie na siłę.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wyrok Trybunału jest bardzo dalekim odejściem od pierwotnego ducha praw człowieka. Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych wolności z 1950 r., uznając przysługujące każdemu prawo do wolności wyznania, mówi wprost, że obejmuje ono wolność uzewnętrzniania swoich przekonań zarówno prywatnie jak i publicznie. Nie mam wątpliwości, że twórcy Konwencji mieli na celu ochronę swobody wyrażania swojego wyznania i w konsekwencji wzmacnianie pluralizmu. Interpretacja w duchu ostatniego orzeczenia Trybunału prowadzi jednak nie tyle do pluralizmu, co do wyjałowienia z jakichkolwiek form i przejawów religijności w sferze publicznej. Tym samym stoi nie tyle na straży wolności sumienia, co próbuje wcielić w życie nierealistyczną koncepcję wolności OD jakiegokolwiek wyznania. Doprawdy, nie sposób tu mówić o jakiejkolwiek neutralności.
Nie sądzę, żeby wyrok Trybunału był zagrożeniem dla istoty chrześcijaństwa, bo nie czerpie ani nigdy nie czerpało ono swej siły z symboli. Prawdziwie przeżywana wiara nie da się zredukować do roli „wyznania politycznego”, albo światopoglądu, któremu należy się poparcie np. dlatego, że pomaga zachować tożsamość jakiejś grupy społecznej. Niestety, wyrok Trybunału prowadzi tylko do antagonizacji stron i stworzeniu pewnego pola konfliktu. Na pewno nie można go nazwać wyrokiem, który niesie pokój.
Tomasz Daroszewski
Źródło: http://teologiapolityczna.dolnyslask24.info/blog.php
środa, 13 stycznia 2010
Piotr Tadeusz Waszkiewicz: Hydra katolicyzmu
Tomasz Terlikowski zauważył ostatnio, że przeciwnicy Kościoła to "antykrzyżowe smutasy". Trudno im się dziwić – gdybym był wrogiem Kościoła, też byłoby mi smutno. Proszę spojrzeć: dwa tysiące lat mozolnej pracy – i nic.
W starożytności już się wydawało, że wszystkich chrześcijan wymorduje się – i będzie po kłopocie. A tu nic. Kościół Święty dopiero nabierał rozpędu; Tertulian zauważył, że "krew męczenników jest posiewem chrześcijaństwa" i tak właśnie było.
Albo taka reformacja. Sytuacja była naprawdę poważna; hierarchia kościelna w mizernej kondycji, duża część duchowieństwa zdemoralizowana, powszechne zaniedbania w formacji katolików, do tego humanistyczne tendencje... W tych okolicznościach pojawia się Marcin Luter; człowiek wielce utalentowany (według niektórych autorów katolickich – jak Erik v. Kuehnelt-Leddihn – genialny). Rzuca wyzwanie zepsutemu Rzymowi. Po swojej stronie ma wszystkie atuty; mistrzowsko wykorzystuje typografię, wprowadza dyskurs teologiczny "pod strzechy", propaguje swoje tezy przy użyciu języków narodowych. Obok niego Filip Melanchton, którego zdolności propagandowe można przyrównać do goebbelsowskich... Wydawałoby się, że tym razem z Kościołem to już koniec – tymczasem protestancka "deformacja" doprowadziła do konsolidacji katolików wokół Papieża. Wkrótce potem Ignacy Loyola założył Towarzystwo Jezusowe. Zwołany został Sobór Trydencki – i przeprowadzona Katolicka Reforma (Kontrreformacja)...
To samo z Rewolucją Francuską – znów wydawało się, że wszystkich księży uda się wyrżnąć lub zmusić do schizmy. Efekt był jednak taki, że Kościół we Francji, toczony rakiem gallikanizmu, uregulował swój stosunek do papiestwa... Dalej; wiek XIX – upadek Państwa Kościelnego, minimalizacja – zdawałoby się – pozycji papieża i... dogmat o jego nieomylności [zainteresowanych tematem odsyłam do nowej książki Adama Wielomskiego: "Kościół w cieniu gilotyny"].
A wreszcie wiek dwudziesty. Kolejna hekatomba to jedno; poważniejszym kłopotem okazało się rozmiękczanie katolicyzmu, zwł. w drugiej połowie XX wieku. I tak, katolicy przestali być konfrontacyjni, ich mowa – zamiast „tak, tak; „nie, nie“ zaczęła być: "Tak, ale", "nie, ale", a niewłaściwie rozumiana miłość bliźnich zdała się prowadzić do tego, że przestano dbać o ich zbawienie [zainteresowanych odsyłam; wytrwałych do "Iota unum" Romano Amerio; niecierpliwych do "Dyktatury relatywizmu" Roberta de Mattei]. Minęło jednak trochę czasu i – co dzieje się na naszych oczach – hydra katolicyzmu znów podnosi łeb.
I jak tu, będąc wrogiem krzyża, nie być smutasem? Nie dość, że perspektywy pozadoczesne kiepskie, to jeszcze tu na ziemi sprawa zgoła beznadziejna...
Piotr Tadeusz Waszkiewicz
Źródło: Prawica.net
W starożytności już się wydawało, że wszystkich chrześcijan wymorduje się – i będzie po kłopocie. A tu nic. Kościół Święty dopiero nabierał rozpędu; Tertulian zauważył, że "krew męczenników jest posiewem chrześcijaństwa" i tak właśnie było.
Albo taka reformacja. Sytuacja była naprawdę poważna; hierarchia kościelna w mizernej kondycji, duża część duchowieństwa zdemoralizowana, powszechne zaniedbania w formacji katolików, do tego humanistyczne tendencje... W tych okolicznościach pojawia się Marcin Luter; człowiek wielce utalentowany (według niektórych autorów katolickich – jak Erik v. Kuehnelt-Leddihn – genialny). Rzuca wyzwanie zepsutemu Rzymowi. Po swojej stronie ma wszystkie atuty; mistrzowsko wykorzystuje typografię, wprowadza dyskurs teologiczny "pod strzechy", propaguje swoje tezy przy użyciu języków narodowych. Obok niego Filip Melanchton, którego zdolności propagandowe można przyrównać do goebbelsowskich... Wydawałoby się, że tym razem z Kościołem to już koniec – tymczasem protestancka "deformacja" doprowadziła do konsolidacji katolików wokół Papieża. Wkrótce potem Ignacy Loyola założył Towarzystwo Jezusowe. Zwołany został Sobór Trydencki – i przeprowadzona Katolicka Reforma (Kontrreformacja)...
To samo z Rewolucją Francuską – znów wydawało się, że wszystkich księży uda się wyrżnąć lub zmusić do schizmy. Efekt był jednak taki, że Kościół we Francji, toczony rakiem gallikanizmu, uregulował swój stosunek do papiestwa... Dalej; wiek XIX – upadek Państwa Kościelnego, minimalizacja – zdawałoby się – pozycji papieża i... dogmat o jego nieomylności [zainteresowanych tematem odsyłam do nowej książki Adama Wielomskiego: "Kościół w cieniu gilotyny"].
A wreszcie wiek dwudziesty. Kolejna hekatomba to jedno; poważniejszym kłopotem okazało się rozmiękczanie katolicyzmu, zwł. w drugiej połowie XX wieku. I tak, katolicy przestali być konfrontacyjni, ich mowa – zamiast „tak, tak; „nie, nie“ zaczęła być: "Tak, ale", "nie, ale", a niewłaściwie rozumiana miłość bliźnich zdała się prowadzić do tego, że przestano dbać o ich zbawienie [zainteresowanych odsyłam; wytrwałych do "Iota unum" Romano Amerio; niecierpliwych do "Dyktatury relatywizmu" Roberta de Mattei]. Minęło jednak trochę czasu i – co dzieje się na naszych oczach – hydra katolicyzmu znów podnosi łeb.
I jak tu, będąc wrogiem krzyża, nie być smutasem? Nie dość, że perspektywy pozadoczesne kiepskie, to jeszcze tu na ziemi sprawa zgoła beznadziejna...
Piotr Tadeusz Waszkiewicz
Źródło: Prawica.net
sobota, 9 stycznia 2010
dr Łukasz Nysler: O publicznej obecności symbolu krzyża
W komentarzach prasowych, jakie pojawiły się po wrocławskiej debacie (głównie w "Gazecie Wyborczej"), zarzucano stronie broniącej obecności krzyży w szkole brak merytorycznych argumentów, gdzie za merytoryczne argumenty miałyby uchodzić wyłącznie argumenty prawne. Zarzut ten jest o tyle chybiony, że całą debatę poprzedziła obszerna, kilkunastominutowa prezentacja aktualnego stanu prawnego obowiązującego w Polsce w odniesieniu do kwestii będącej przedmiotem debaty, przedstawiona przez specjalistkę z zakresu prawa konstytucyjnego. Z prezentacji tej jednoznacznie wynikało, że zgodnie z obowiązującym w naszym kraju prawem krzyże mogą być obecne w polskich szkołach. Wobec powyższego, uczestnicy debaty opowiadający się za pozostawieniem krzyży w szkole skoncentrowali się na argumentach o charakterze historycznym, filozoficznym (etycznym) czy światopoglądowym. Aby jednak choć trochę uczynić zadość niezaspokojonym oczekiwaniom przeciwników publicznej obecności symbolu krzyża, pozwolę sobie na sformułowanie kilku uzupełniających uwag dotyczących m.in. prawnych aspektów sporu, zaznaczając przy tym, że będą to uwagi laika (nie jestem prawnikiem).
Powoływanie się przez autorów petycji na wyrok Trybunału w Strasburgu wydany w sprawie skargi obywatelki włoskiej przeciwko państwu włoskiemu wydaje się być pewnym nadużyciem, gdyż wyrok ten w żaden bezpośredni sposób nie dotyczy naszego kraju. Wyciąganie jakichkolwiek konsekwencji z tego wyroku odnośnie do sytuacji w Polsce tym bardziej jest nieuprawnione, że w istotny sposób różnią się przepisy prawa regulujące obecność krzyży w polskich i we włoskich szkołach. W Polsce, zgodnie z art. 12 Rozporządzenia MEN z 14 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach, w pomieszczeniach szkolnych może być umieszczony krzyż. We Włoszech, zgodnie z obowiązującym prawem, w każdej sali lekcyjnej powinien znajdować się wizerunek krzyża. Oznacza to, że w Polsce – inaczej niż we Włoszech – władze publiczne (reprezentowane w szkole przez jej dyrekcję) nie są przez prawo zobowiązane do umieszczania krzyży w klasach szkolnych, a jedynie zgodnie z prawem zezwalają na to, gdy w społeczności danej szkoły, obejmującej nauczycieli (w tym – katechetów), uczniów i ich rodziców, taka inicjatywa powstanie. De facto też krzyże nie są obecne we wszystkich polskich szkołach, a w tych, w których są obecne, nie zawsze znajdują się we wszystkich pomieszczeniach szkolnych (np. o ile mi wiadomo w LO nr XIV we Wrocławiu krzyże obecne są w zaledwie kilku na kilkadziesiąt klas tej szkoły). Fakultatywna i wynikająca z woli członków społeczności szkolnej, a nie obowiązkowa, narzucona prawem obecność krzyży w polskich szkołach wydaje się odpowiadać zagwarantowanej przez Konstytucję RP wolności sumienia i religii, obejmującej m.in. wolność uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii, a także prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują (art. 53 ust. 2).
Aby obecność krzyży w szkołach była też zgodna z art. 25 Konstytucji RP, mówiącym o równouprawnieniu kościołów i innych związków wyznaniowych w Polsce (ust. 1) oraz o zachowywaniu przez polskie władze publiczne bezstronności w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, przy jednoczesnym zapewnieniu swobody ich wyrażania w życiu publicznym (ust. 2), konieczne jest zapewnienie kościołom czy związkom wyznaniowym, innym niż Kościół katolicki, możliwości umieszczania w pomieszczeniach szkolnych własnych, innych niż krzyż, symboli religijnych. W tym celu należałoby zmienić brzmienie przywoływanego już fragmentu art. 12 Rozporządzenia MEN z 14 kwietnia 1992 r., np. zastępując go słowami: W pomieszczeniach szkolnych może być umieszczony krzyż lub inny symbol religijny związku wyznaniowego, którego religia jest nauczana w szkole. (Zastrzeżenie, że w klasach mogą być umieszczane symbole religijne tylko tego związku wyznaniowego, którego religia jest nauczana w szkole, zapobiec ma sprowadzaniu do absurdu propozycji równouprawnienia kościołów i innych związków wyznaniowych w zakresie obecności odpowiadających im symboli religijnych w polskich szkołach poprzez argumentowanie, że takie równouprawnienie wymagałoby równoczesnego umieszczenia w klasach stu kilkudziesięciu symboli religijnych, tyle bowiem kościołów i związków wyznaniowych oficjalnie zarejestrowanych jest w naszym kraju. Fakt, że poza Kościołem katolickim niewiele kościołów czy związków wyznaniowych korzysta z przysługującego im prawa organizowania nauki religii w szkołach publicznych nie może być powodem ograniczania katolików w przysługujących im – tak samo, jak i przedstawicielom wszystkich innych wyznań czy religii – prawach.)
Zaniepokojonym powyższą propozycją katolikom śpieszę wyjaśnić, że należy odróżnić teologiczną kwestię prawdziwości religii i stosunku owej prawdziwej religii do innych wyznań i religii, od politycznej i społecznej kwestii równego traktowania przez prawo państwowe przedstawicieli różnych wyznań i religii. Zgodnie z Deklaracją o wolności religijnej Dignitatis humanae z Soboru Watykańskiego II (DH), odnośnie do pierwszej kwestii wierzymy, że owa jedyna prawdziwa religia przechowuje się w Kościele katolickim i apostolskim (DH 1), odnośnie do drugiej kwestii zaś przyjmujemy, że władza cywilna winna troszczyć się o to, by nigdy, czy w sposób otwarty, czy ukryty, nie była naruszana z powodów związanych z religią równość obywateli w dziedzinie prawa (…) i żeby wśród obywateli nie miała miejsca dyskryminacja (DH 6).
Kluczowy jednak problem dotyczy kwestii, czy w szkole w ogóle mogą być eksponowane jakiekolwiek symbole religijne. Zdaniem sygnatariuszy petycji stanowi to naruszenie wolności sumienia i religii osób niewierzących oraz prawa niewierzących rodziców do wychowania swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami (art. 48 Konstytucji RP). Czy jednak w imię wolności sumienia i religii można domagać się wolności od jakichkolwiek symboli religijnych w przestrzeni publicznej? Czy samo „narażenie” na widok symbolu religijnego równoznaczne jest ze zmuszaniem kogokolwiek do uczestniczenia w praktykach religijnych? Czy może być uznane za formę religijnego nauczania czy wychowania, a tym samym za coś, co koliduje z prawem niewierzących rodziców do areligijnego wychowania swoich dzieci? Wydaje się, że na powyższe i tym podobne pytania zarówno sędziowie Trybunału w Strasburgu, jak i trójka wrocławskich licealistów skłonni są odpowiadać twierdząco. W efekcie, w imię wolności sumienia i religii oraz „neutralności światopoglądowej państwa”, dążą oni do podporządkowania przestrzeni publicznej jednej wizji światopoglądowej czy filozoficznej, którą cechować ma brak jakichkolwiek pozytywnych odniesień o charakterze religijnym.
Nie negując specyficznej, religijnej idiosynkrazji sygnatariuszy wrocławskiej petycji, chciałbym jednak zaproponować im bardziej pozytywne, konstruktywne rozwiązanie ich problemów. Zamiast koncentrować się na usuwaniu symbolicznych przejawów religijności swoich współobywateli z przestrzeni publicznej, mogliby zająć się otwartym propagowaniem w niej wyznawanych przez siebie pozytywnych, całkowicie świeckich przekonań i wartości (zakładam, że takowe posiadają). Zamiast ograniczać innych w przysługujących im prawach (np. do publicznego wyrażania przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych), mogliby zacząć po prostu korzystać ze swoich praw. Jestem pewien, że wśród wyznawanych i propagowanych przez nich pozytywnych przekonań i wartości znalazłoby się także wiele takich, które gotowi byliby wesprzeć również ludzie wierzący.
Na zakończenie pozwolę sobie napisać jeszcze kilka słów, których nie zdołałem powiedzieć w czasie grudniowej debaty. Chciałbym gorąco podziękować wszystkim, którzy przy okazji wydarzeń w LO nr XIV we Wrocławiu tak licznie stanęli w obronie publicznej obecności symbolu krzyża. W szczególności dziękuję wszystkim tym, którzy uważają się za ateistów, za niewierzących, a którzy mimo to również bronią krzyża (wiem, że wśród uczniów „czternastki” są tacy). Uważam, że to Wasza postawa jest słuszna, osoby zaś domagające się usunięcia krzyży z przestrzeni publicznej popełniają błąd. Chciałbym jednak Was prosić, żebyście zrobili wszystko, aby osoby występujące przeciwko publicznej obecności krzyży, choć są w zdecydowanej mniejszości, nigdy nie miały słusznego powodu, aby czuć się mniejszością lekceważoną czy uciskaną. Pamiętajcie, że mają one prawo żywić własne, odrębne od Waszych przekonania i mają prawo przekonania te publicznie wyrażać. Proszę Was, abyście zawsze traktowali te osoby z należnym im szacunkiem i z życzliwością. Proszę Was, abyście zawsze traktowali te osoby w sposób godny Obrońców Krzyża.
Łukasz Nysler
Źródło: Opcja na Prawo, nr 1 (97), styczeń 2010, s. 35-36.
Powoływanie się przez autorów petycji na wyrok Trybunału w Strasburgu wydany w sprawie skargi obywatelki włoskiej przeciwko państwu włoskiemu wydaje się być pewnym nadużyciem, gdyż wyrok ten w żaden bezpośredni sposób nie dotyczy naszego kraju. Wyciąganie jakichkolwiek konsekwencji z tego wyroku odnośnie do sytuacji w Polsce tym bardziej jest nieuprawnione, że w istotny sposób różnią się przepisy prawa regulujące obecność krzyży w polskich i we włoskich szkołach. W Polsce, zgodnie z art. 12 Rozporządzenia MEN z 14 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach, w pomieszczeniach szkolnych może być umieszczony krzyż. We Włoszech, zgodnie z obowiązującym prawem, w każdej sali lekcyjnej powinien znajdować się wizerunek krzyża. Oznacza to, że w Polsce – inaczej niż we Włoszech – władze publiczne (reprezentowane w szkole przez jej dyrekcję) nie są przez prawo zobowiązane do umieszczania krzyży w klasach szkolnych, a jedynie zgodnie z prawem zezwalają na to, gdy w społeczności danej szkoły, obejmującej nauczycieli (w tym – katechetów), uczniów i ich rodziców, taka inicjatywa powstanie. De facto też krzyże nie są obecne we wszystkich polskich szkołach, a w tych, w których są obecne, nie zawsze znajdują się we wszystkich pomieszczeniach szkolnych (np. o ile mi wiadomo w LO nr XIV we Wrocławiu krzyże obecne są w zaledwie kilku na kilkadziesiąt klas tej szkoły). Fakultatywna i wynikająca z woli członków społeczności szkolnej, a nie obowiązkowa, narzucona prawem obecność krzyży w polskich szkołach wydaje się odpowiadać zagwarantowanej przez Konstytucję RP wolności sumienia i religii, obejmującej m.in. wolność uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii, a także prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują (art. 53 ust. 2).
Aby obecność krzyży w szkołach była też zgodna z art. 25 Konstytucji RP, mówiącym o równouprawnieniu kościołów i innych związków wyznaniowych w Polsce (ust. 1) oraz o zachowywaniu przez polskie władze publiczne bezstronności w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, przy jednoczesnym zapewnieniu swobody ich wyrażania w życiu publicznym (ust. 2), konieczne jest zapewnienie kościołom czy związkom wyznaniowym, innym niż Kościół katolicki, możliwości umieszczania w pomieszczeniach szkolnych własnych, innych niż krzyż, symboli religijnych. W tym celu należałoby zmienić brzmienie przywoływanego już fragmentu art. 12 Rozporządzenia MEN z 14 kwietnia 1992 r., np. zastępując go słowami: W pomieszczeniach szkolnych może być umieszczony krzyż lub inny symbol religijny związku wyznaniowego, którego religia jest nauczana w szkole. (Zastrzeżenie, że w klasach mogą być umieszczane symbole religijne tylko tego związku wyznaniowego, którego religia jest nauczana w szkole, zapobiec ma sprowadzaniu do absurdu propozycji równouprawnienia kościołów i innych związków wyznaniowych w zakresie obecności odpowiadających im symboli religijnych w polskich szkołach poprzez argumentowanie, że takie równouprawnienie wymagałoby równoczesnego umieszczenia w klasach stu kilkudziesięciu symboli religijnych, tyle bowiem kościołów i związków wyznaniowych oficjalnie zarejestrowanych jest w naszym kraju. Fakt, że poza Kościołem katolickim niewiele kościołów czy związków wyznaniowych korzysta z przysługującego im prawa organizowania nauki religii w szkołach publicznych nie może być powodem ograniczania katolików w przysługujących im – tak samo, jak i przedstawicielom wszystkich innych wyznań czy religii – prawach.)
Zaniepokojonym powyższą propozycją katolikom śpieszę wyjaśnić, że należy odróżnić teologiczną kwestię prawdziwości religii i stosunku owej prawdziwej religii do innych wyznań i religii, od politycznej i społecznej kwestii równego traktowania przez prawo państwowe przedstawicieli różnych wyznań i religii. Zgodnie z Deklaracją o wolności religijnej Dignitatis humanae z Soboru Watykańskiego II (DH), odnośnie do pierwszej kwestii wierzymy, że owa jedyna prawdziwa religia przechowuje się w Kościele katolickim i apostolskim (DH 1), odnośnie do drugiej kwestii zaś przyjmujemy, że władza cywilna winna troszczyć się o to, by nigdy, czy w sposób otwarty, czy ukryty, nie była naruszana z powodów związanych z religią równość obywateli w dziedzinie prawa (…) i żeby wśród obywateli nie miała miejsca dyskryminacja (DH 6).
Kluczowy jednak problem dotyczy kwestii, czy w szkole w ogóle mogą być eksponowane jakiekolwiek symbole religijne. Zdaniem sygnatariuszy petycji stanowi to naruszenie wolności sumienia i religii osób niewierzących oraz prawa niewierzących rodziców do wychowania swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami (art. 48 Konstytucji RP). Czy jednak w imię wolności sumienia i religii można domagać się wolności od jakichkolwiek symboli religijnych w przestrzeni publicznej? Czy samo „narażenie” na widok symbolu religijnego równoznaczne jest ze zmuszaniem kogokolwiek do uczestniczenia w praktykach religijnych? Czy może być uznane za formę religijnego nauczania czy wychowania, a tym samym za coś, co koliduje z prawem niewierzących rodziców do areligijnego wychowania swoich dzieci? Wydaje się, że na powyższe i tym podobne pytania zarówno sędziowie Trybunału w Strasburgu, jak i trójka wrocławskich licealistów skłonni są odpowiadać twierdząco. W efekcie, w imię wolności sumienia i religii oraz „neutralności światopoglądowej państwa”, dążą oni do podporządkowania przestrzeni publicznej jednej wizji światopoglądowej czy filozoficznej, którą cechować ma brak jakichkolwiek pozytywnych odniesień o charakterze religijnym.
Nie negując specyficznej, religijnej idiosynkrazji sygnatariuszy wrocławskiej petycji, chciałbym jednak zaproponować im bardziej pozytywne, konstruktywne rozwiązanie ich problemów. Zamiast koncentrować się na usuwaniu symbolicznych przejawów religijności swoich współobywateli z przestrzeni publicznej, mogliby zająć się otwartym propagowaniem w niej wyznawanych przez siebie pozytywnych, całkowicie świeckich przekonań i wartości (zakładam, że takowe posiadają). Zamiast ograniczać innych w przysługujących im prawach (np. do publicznego wyrażania przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych), mogliby zacząć po prostu korzystać ze swoich praw. Jestem pewien, że wśród wyznawanych i propagowanych przez nich pozytywnych przekonań i wartości znalazłoby się także wiele takich, które gotowi byliby wesprzeć również ludzie wierzący.
Na zakończenie pozwolę sobie napisać jeszcze kilka słów, których nie zdołałem powiedzieć w czasie grudniowej debaty. Chciałbym gorąco podziękować wszystkim, którzy przy okazji wydarzeń w LO nr XIV we Wrocławiu tak licznie stanęli w obronie publicznej obecności symbolu krzyża. W szczególności dziękuję wszystkim tym, którzy uważają się za ateistów, za niewierzących, a którzy mimo to również bronią krzyża (wiem, że wśród uczniów „czternastki” są tacy). Uważam, że to Wasza postawa jest słuszna, osoby zaś domagające się usunięcia krzyży z przestrzeni publicznej popełniają błąd. Chciałbym jednak Was prosić, żebyście zrobili wszystko, aby osoby występujące przeciwko publicznej obecności krzyży, choć są w zdecydowanej mniejszości, nigdy nie miały słusznego powodu, aby czuć się mniejszością lekceważoną czy uciskaną. Pamiętajcie, że mają one prawo żywić własne, odrębne od Waszych przekonania i mają prawo przekonania te publicznie wyrażać. Proszę Was, abyście zawsze traktowali te osoby z należnym im szacunkiem i z życzliwością. Proszę Was, abyście zawsze traktowali te osoby w sposób godny Obrońców Krzyża.
Łukasz Nysler
Źródło: Opcja na Prawo, nr 1 (97), styczeń 2010, s. 35-36.
W bawarskiej szkole zdjęto krzyże
Do zdjęcia krzyża ze szkolnej ściany zmusili dyrekcję i nauczycieli rodzice jednej z uczennic. Choć jeszcze niedawno miejscowi politycy chadeccy zapewniali, iż w tym katolickim landzie krzyże nigdy nie znikną ze szkolnych sal, szkoła uległa z obawy przed procesem.
Walka o obecność krzyża w tej szkole zaczęła się w 2006 roku, gdy rodzice pierwszoklasistki zażądali, by nauczyciele usunęli krzyż z sali gdzie uczy się ich dziecko – opisuje sprawę „Nasz Dziennik” za lewicowym "Tageszeitung". Niemiecki dziennik nie podaje nazwy szkoły ani żadnych nazwisk, z satysfakcją informuje natomiast, że zdarzenie dotyczy publicznej placówki w katolickiej Bawarii.
W pojęciu rodziców krzyż to dowód na "dominację religii chrześcijańskiej" w placówce edukacyjnej, co zaprzecza zasadzie neutralności państwa. Pierwsze skargi i rozmowy z dyrekcją zakończyły się tym, że krzyże pozostały na swoich miejscach.
Sprawa odżyła w 2008 roku, gdy do klasy ich córki przyszła nowa nauczycielka. Zdaniem rodziców, była "zdecydowanie zbyt religijna". Gdy ośmieliła się odmawiać z uczniami modlitwę – rodzice zdecydowali, że nie będą tego dłużej tolerować. Zaangażowali adwokatów i zagrozili procesem. Zażądali natychmiastowego usunięcia krzyża, odrzucając przy tym propozycje polubownego rozwiązania sprawy (np. powieszenie tego symbolu w takim miejscu sali, które nie jest widoczne dla dziewczynki, bądź też zmianę szkoły).
Dyrekcja szkoły, choć początkowo tłumaczyła, że większość rodziców pragnie, aby krzyż w klasie wisiał, ostatecznie aby uniknąć procesu, podjęła decyzję o usunięciu krzyży. Zniknęły ze szkoły tuż przed Bożym Narodzeniem.
W większości niemieckich landów decyzję w sprawie obecności krzyży w szkołach podejmują poszczególne urzędy, szkoły, gminy i inne jednostki. W tej kwestii Berlin i Szlezwik-Holsztyn stosują metodę "równego traktowania" wszystkich symboli religijnych, zabraniając ich umieszczania w miejscach publicznych, a także noszenia ich przez nauczycieli i urzędników państwowych. W katolickiej Bawarii przepis o krzyżu (Kruzifix Urteil) z 1995 roku zakłada, że umieszczanie w szkołach podstawowych i gimnazjach krzyży jest dozwolone, chyba że rodzic (w przypadku uczniów do 14. roku życia) lub sam uczeń (gdy ukończył 14 lat) wniesie oficjalny sprzeciw.
Źródło: AJ/ND
Informacja za: Fronda.pl
Komentarz: Z powodu sprzeciwu rodziców jednego dziecka, zdjęto krzyże w całej szkole, mimo iż większość rodziców pragnęła ich pozostawienia. Czy nie nasuwa nam to skojarzeń z liberum veto? Chorą praktyką w imię "wolności", którą różni ludzie wykorzystywali do swoich haniebnych celów? W przypadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów celem tym było osłabianie państwa polskiego; w tym przypadku - usunięcie krzyża z przestrzeni publicznej.
Walka o obecność krzyża w tej szkole zaczęła się w 2006 roku, gdy rodzice pierwszoklasistki zażądali, by nauczyciele usunęli krzyż z sali gdzie uczy się ich dziecko – opisuje sprawę „Nasz Dziennik” za lewicowym "Tageszeitung". Niemiecki dziennik nie podaje nazwy szkoły ani żadnych nazwisk, z satysfakcją informuje natomiast, że zdarzenie dotyczy publicznej placówki w katolickiej Bawarii.
W pojęciu rodziców krzyż to dowód na "dominację religii chrześcijańskiej" w placówce edukacyjnej, co zaprzecza zasadzie neutralności państwa. Pierwsze skargi i rozmowy z dyrekcją zakończyły się tym, że krzyże pozostały na swoich miejscach.
Sprawa odżyła w 2008 roku, gdy do klasy ich córki przyszła nowa nauczycielka. Zdaniem rodziców, była "zdecydowanie zbyt religijna". Gdy ośmieliła się odmawiać z uczniami modlitwę – rodzice zdecydowali, że nie będą tego dłużej tolerować. Zaangażowali adwokatów i zagrozili procesem. Zażądali natychmiastowego usunięcia krzyża, odrzucając przy tym propozycje polubownego rozwiązania sprawy (np. powieszenie tego symbolu w takim miejscu sali, które nie jest widoczne dla dziewczynki, bądź też zmianę szkoły).
Dyrekcja szkoły, choć początkowo tłumaczyła, że większość rodziców pragnie, aby krzyż w klasie wisiał, ostatecznie aby uniknąć procesu, podjęła decyzję o usunięciu krzyży. Zniknęły ze szkoły tuż przed Bożym Narodzeniem.
W większości niemieckich landów decyzję w sprawie obecności krzyży w szkołach podejmują poszczególne urzędy, szkoły, gminy i inne jednostki. W tej kwestii Berlin i Szlezwik-Holsztyn stosują metodę "równego traktowania" wszystkich symboli religijnych, zabraniając ich umieszczania w miejscach publicznych, a także noszenia ich przez nauczycieli i urzędników państwowych. W katolickiej Bawarii przepis o krzyżu (Kruzifix Urteil) z 1995 roku zakłada, że umieszczanie w szkołach podstawowych i gimnazjach krzyży jest dozwolone, chyba że rodzic (w przypadku uczniów do 14. roku życia) lub sam uczeń (gdy ukończył 14 lat) wniesie oficjalny sprzeciw.
Źródło: AJ/ND
Informacja za: Fronda.pl
Komentarz: Z powodu sprzeciwu rodziców jednego dziecka, zdjęto krzyże w całej szkole, mimo iż większość rodziców pragnęła ich pozostawienia. Czy nie nasuwa nam to skojarzeń z liberum veto? Chorą praktyką w imię "wolności", którą różni ludzie wykorzystywali do swoich haniebnych celów? W przypadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów celem tym było osłabianie państwa polskiego; w tym przypadku - usunięcie krzyża z przestrzeni publicznej.
piątek, 8 stycznia 2010
Jan Paweł II o krzyżu
Prezentujemy poniżej wybór wypowiedzi papieża Jana Pawła II o krzyżu i znaczeniu tego świętego symbolu w naszym życiu:
"Ojcowie wasi na szczycie Giewontu ustawili krzyż. Ten krzyż tam stoi i trwa. Jest niemym, ale wymownym świadkiem naszych czasów. Rzec można, że ten jubileuszowy krzyż patrzy w [stronę] Zakopanego i Krakowa, i dalej: w kierunku Warszawy i Gdańska. Ogarnia całą naszą ziemię od Tatr po Bałtyk. (...) nie wstydźcie się tego krzyża. Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych i szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie. Niech przypomina nam o miłości Boga do człowieka, która w krzyżu znalazła swój najgłębszy wyraz."
Zakopane, Wielka Krokiew, 06.06.1997 r.
"Niech nie zostanie udaremniony Krzyż Chrystusa, bo jeśli udaremnia się Krzyż Chrystusa, człowiek zostaje pozbawiony korzeni i nie ma już przyszłości; jest zniszczony! To jest nasze wołanie u kresu XX wieku. Jest to wołanie Rzymu, wołanie Konstantynopola, wołanie Moskwy. I wołanie całego chrześcijaństwa: obu Ameryk, Afryki, Azji, wszystkich. Jest to wołanie nowej ewangelizacji."
List Apostolski Orientale Lumen
"Tak, Krzyż jest wpisany w życie człowieka. Kto próbuje usunąć go ze swojego życia, nie zna prawdy ludzkiej kondycji. Tak jest! Jesteśmy stworzeni do życia, ale nie możemy usunąć z naszej indywidualnej historii cierpienia i trudnych doświadczeń. (...) Rozpowszechniona dziś powierzchowna kultura, która przypisuje wartość tylko temu, co ma pozór piękna i co sprawia przyjemność, chciałaby wam wmówić, że trzeba odrzucić Krzyż. Ta moda kulturowa obiecuje sukces i szybką karierę, nakłaniając do realizacji własnych dążeń za wszelką cenę; zachęca do nieodpowiedzialnego przeżywania płciowości i do życia pozbawionego celu, wyzbytego szacunku dla innych. Otwórzcie oczy, młodzi przyjaciele: to nie jest droga prowadząca do radości i do życia, ale ścieżka wiodąca w przepaść grzechu i śmierci. Jezus mówi: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 16, 24-25). (...) Jeżeli Krzyż zostaje przyjęty, przynosi zbawienie i pokój (...) Bez Boga Krzyż nas przygniata; z Bogiem daje nam odkupienie i zbawienie. (...) Weź Krzyż!, przyjmij go, nie pozwól, aby przygniotły cię wydarzenia, ale z Chrystusem zwyciężaj zło i śmierć! Jeżeli z Ewangelii Krzyża uczynisz program swojego życia, jeżeli pójdziesz za Chrystusem aż na Krzyż, w pełni odnajdziesz samego siebie!"
Podczas spotkania z młodzieżą na placu św. Jana na Lateranie, 02.04.1998 r.
"Krzyż to znaczy: oddać swe życie za brata, aby wraz z jego życiem ocalić własne. Krzyż znaczy: miłość silniejsza jest od nienawiści i od zemsty, lepiej jest dawać, aniżeli brać, angażowanie się jest skuteczniejsze od czczego stawiania żądań. (...) Krzyż znaczy: miłość nie zna granic – rozpocznij od tych, którzy są najbliżej ciebie, i nie zapominaj o tych, którzy są najdalej."
Wiedeń, 1983 r.
"I my znajdujemy się dziś w samym centrum dramatycznej walki między „kulturą śmierci“ i „kulturą życia“. Ale blask Krzyża nie zostaje przesłonięty przez ten mrok – przeciwnie, na jego tle Krzyż jaśnieje jeszcze mocniej i wyraźniej, jawi się jako centrum, sens i cel całej historii każdego ludzkiego życia."
Encyklika Evangelium vitae, 50.
"Nieść Krzyż za Jezusem oznacza być gotowym do wszelkiej ofiary z miłości do Niego oraz nie stawiać nikogo i niczego przed Niego, nawet najdroższych osób, nawet własnego życia. Wiecie, że przylgnięcie do Chrystusa jest wymagającym wyborem. Jednak to nie sami niesiemy krzyż. Przed nami idzie On..."
Loreto, 05.09.2004 r.
"Nie dziwcie się (...) jeśli na waszej drodze spotkacie Krzyż. Czyż Jezus nie powiedział do swoich uczniów, że ziarno pszenicy musi wpaść w ziemię i obumrzeć, aby wydać owoc? (por. J 12, 23-26) Wskazał w ten sposób, że Jego życie ofiarowane aż do śmierci stanie się urodzajne. Wiecie to: po zmartwychwstaniu Chrystusa nigdy więcej śmierć nie będzie ostatnim słowem. Miłość jest silniejsza od śmierci."
Watykan, 22.02.2004 r.
"Krzyż (...) "stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem [...]. Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka" (encyklika Dives in misericordia, 8.)"
Homilia podczas konsekracji Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach, 17.08.2002 r.
"Ojcowie wasi na szczycie Giewontu ustawili krzyż. Ten krzyż tam stoi i trwa. Jest niemym, ale wymownym świadkiem naszych czasów. Rzec można, że ten jubileuszowy krzyż patrzy w [stronę] Zakopanego i Krakowa, i dalej: w kierunku Warszawy i Gdańska. Ogarnia całą naszą ziemię od Tatr po Bałtyk. (...) nie wstydźcie się tego krzyża. Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych i szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie. Niech przypomina nam o miłości Boga do człowieka, która w krzyżu znalazła swój najgłębszy wyraz."
Zakopane, Wielka Krokiew, 06.06.1997 r.
"Niech nie zostanie udaremniony Krzyż Chrystusa, bo jeśli udaremnia się Krzyż Chrystusa, człowiek zostaje pozbawiony korzeni i nie ma już przyszłości; jest zniszczony! To jest nasze wołanie u kresu XX wieku. Jest to wołanie Rzymu, wołanie Konstantynopola, wołanie Moskwy. I wołanie całego chrześcijaństwa: obu Ameryk, Afryki, Azji, wszystkich. Jest to wołanie nowej ewangelizacji."
List Apostolski Orientale Lumen
"Tak, Krzyż jest wpisany w życie człowieka. Kto próbuje usunąć go ze swojego życia, nie zna prawdy ludzkiej kondycji. Tak jest! Jesteśmy stworzeni do życia, ale nie możemy usunąć z naszej indywidualnej historii cierpienia i trudnych doświadczeń. (...) Rozpowszechniona dziś powierzchowna kultura, która przypisuje wartość tylko temu, co ma pozór piękna i co sprawia przyjemność, chciałaby wam wmówić, że trzeba odrzucić Krzyż. Ta moda kulturowa obiecuje sukces i szybką karierę, nakłaniając do realizacji własnych dążeń za wszelką cenę; zachęca do nieodpowiedzialnego przeżywania płciowości i do życia pozbawionego celu, wyzbytego szacunku dla innych. Otwórzcie oczy, młodzi przyjaciele: to nie jest droga prowadząca do radości i do życia, ale ścieżka wiodąca w przepaść grzechu i śmierci. Jezus mówi: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 16, 24-25). (...) Jeżeli Krzyż zostaje przyjęty, przynosi zbawienie i pokój (...) Bez Boga Krzyż nas przygniata; z Bogiem daje nam odkupienie i zbawienie. (...) Weź Krzyż!, przyjmij go, nie pozwól, aby przygniotły cię wydarzenia, ale z Chrystusem zwyciężaj zło i śmierć! Jeżeli z Ewangelii Krzyża uczynisz program swojego życia, jeżeli pójdziesz za Chrystusem aż na Krzyż, w pełni odnajdziesz samego siebie!"
Podczas spotkania z młodzieżą na placu św. Jana na Lateranie, 02.04.1998 r.
"Krzyż to znaczy: oddać swe życie za brata, aby wraz z jego życiem ocalić własne. Krzyż znaczy: miłość silniejsza jest od nienawiści i od zemsty, lepiej jest dawać, aniżeli brać, angażowanie się jest skuteczniejsze od czczego stawiania żądań. (...) Krzyż znaczy: miłość nie zna granic – rozpocznij od tych, którzy są najbliżej ciebie, i nie zapominaj o tych, którzy są najdalej."
Wiedeń, 1983 r.
"I my znajdujemy się dziś w samym centrum dramatycznej walki między „kulturą śmierci“ i „kulturą życia“. Ale blask Krzyża nie zostaje przesłonięty przez ten mrok – przeciwnie, na jego tle Krzyż jaśnieje jeszcze mocniej i wyraźniej, jawi się jako centrum, sens i cel całej historii każdego ludzkiego życia."
Encyklika Evangelium vitae, 50.
"Nieść Krzyż za Jezusem oznacza być gotowym do wszelkiej ofiary z miłości do Niego oraz nie stawiać nikogo i niczego przed Niego, nawet najdroższych osób, nawet własnego życia. Wiecie, że przylgnięcie do Chrystusa jest wymagającym wyborem. Jednak to nie sami niesiemy krzyż. Przed nami idzie On..."
Loreto, 05.09.2004 r.
"Nie dziwcie się (...) jeśli na waszej drodze spotkacie Krzyż. Czyż Jezus nie powiedział do swoich uczniów, że ziarno pszenicy musi wpaść w ziemię i obumrzeć, aby wydać owoc? (por. J 12, 23-26) Wskazał w ten sposób, że Jego życie ofiarowane aż do śmierci stanie się urodzajne. Wiecie to: po zmartwychwstaniu Chrystusa nigdy więcej śmierć nie będzie ostatnim słowem. Miłość jest silniejsza od śmierci."
Watykan, 22.02.2004 r.
"Krzyż (...) "stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem [...]. Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka" (encyklika Dives in misericordia, 8.)"
Homilia podczas konsekracji Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach, 17.08.2002 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)